Przybieżeli na barbecue pasterze!

Myślisz: Boże Narodzenie, mówisz: śnieg, Wigilia, kolędy, Jezusek,  sianko, pasterka, opłatek, ciocia Zdzisia, śledzie i barszcz z uszkami. A ja patrzę na tę listę haseł mniej lub bardziej sercu bliskich i mówię:  ja tego już nie doświadczę, to se ne vrati. Przeszłam na ciepłą, truskawkami i grillem pachnącą, stronę mocy i, szczerze powiedziawszy, całkiem dobrze mi z tym. Prawie doskonale wręcz.

_mg_0079

W tym roku 24 grudnia spędziłam w podróży na drugi koniec północnej wyspy tego powierzchniowo rozległego kraju – a konkretniej, do oddalonych od Wellington o 12 godzin jazdy samochodem okolic Kerikeri, które jest dla stolicy NZ niczym Szczecin dla Zakopanego,tyle że dalej (884 km). Pierwszy i drugi dzień świąt za to przesiedziałam już po części przy basenie, a po części na niezwykle malowniczo usytuowanym tarasie, niczym królowa lata i życia w papierowej koronie z „crackersów„, wygrzewając się w słońcu i popijając rum z colą, zajadając się przy tym ostrygami i delikatnymi stekami wołowymi najlepszej jakości. (W poprzednich latach raczyliśmy się baraniną z rożna. OWCĄ W CAŁOŚCI).

img_0348

Nowa Zelandia jest jednym z najbardziej zsekularyzowanych krajów na świecie, zapomnij zatem o religijnym podtekście świąt „zimowych”; tu  najbardziej  liczą się  prezenty, „barbie” (czyli barbecue – grill), opalenizna, wino i wakacje (nikt nie wraca do pracy w przerwie pomiędzy Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem; ba, 2. i 3. stycznia są także dniami ustawowo wolnymi). Jeśli świąteczne pieśni, to tylko te w wykonaniu Mariah Carey i WHAM (swoją drogą, spoczywaj w spokoju, George[*]), jeśli rodzinne wycieczki, to nie na nabożeństwo, a  na piknik na plaży.

img_0086

Wiem – powinnam tęsknić i płakać i tradycje szanować. Jakże jednak myśleć o rozgrzewających i tłustych polskich potrawach, kiedy na dworze jest stopni Celsjusza dwadzieścia i cztery? Jakże tęsknić za półmrokiem wigilijnego wieczora, kiedy słońce grzeje Ci w twarz, ptaszęta śpiewają, energia rozpiera i po prostu chce się żyć? Jak tęsknić za religijnymi obrządkami, kiedy wiadomo, co się, za przeproszeniem, kurwa, w kościele polskim wyprawia? Nie jestem zresztą osobą bogobojną, ani nawet bogo(w katolickim wydaniu przynajmniej)-friendly, więc coroczne, ponowne i niby z zaskoczenia, przyjście Pana nie wywołuje we mnie spodziewanych, wydawałoby się, przez co najmniej połowę polskiego elektoratu emocji.

 

Tęsknię jednak. Lato i swawole swoją drogą, ale bliskości rodziny brak. Nic nie zastąpi uczucia ciepła wygenerowanego w efekcie interakcji z tymi, których kochamy najbardziej na CAŁYM ŚWIECIE; nie będzie tak samo bez serdecznych życzeń od najbliższych, złożonych koniecznie osobiście; nic nie smakuje jak wspólnie zjedzona trzynastodaniowa wigilijna kolacja, przyrządzona z miłością i troską, okraszona pogawędkami i czułością.

 

NIC.

 

A mimo to, na święta bożonarodzeniowe do Polski może nie pojadę już nigdy. Mając budżet na wypad do Europy maksymalnie raz na dwa lata, niech mnie dunder świśnie, jeśli wybiorę się do Polski zimą. Pogoda, delikatnie mówiąc, niesprzyjająca była wszak jedną z głównych przyczynek do mej ucieczki z pięknego kraju nad Wisłą. Nie zaliczam Ci się ja już do dumnego, acz marznącego grona posiadaczy kurtek zimowych lub obuwia na śniegi/pluchę! Nie pociąga mnie ani trochę wampirzy urok polskich wieczorów grudniowych.

_mg_0068

Mamo, Tato, pakujcie manatki. W przyszłym roku pijemy szampana i grillujemy u nas. Możecie, jak najbardziej, przywieźć pierogi. I barszcz z uszkami. I śledzie….

 

 

Reklamy

Smuteczek-Samotniczek

Milosci, przyjaciol, troskiliwych, cieplych, kochajacych i kochanych osob dokola mi brakuje. Ekstrawertycy z emocjami wypisanymi na czole, nie potrafiacy obyc sie bez tlumu dokola i narkotycznie uzaleznieni od kontaktu z innymi ludzmi, nie narzekaja zwykle na brak znajomych; jesli owi ekstrawertycy maja szczescie i checi, wiezi ze znajomymi, ktorzy, traf chcial, sa bezdyskusyjnie najfajniejszymi ludzmi w czesci swiata akurat zamieszkiwanej przez danego ekstrawertyka, z czasem ewoluuja i przeradzaja sie w przyjazn. Przestrzen zyciowa ekstrawertyka zostaje zapelniona.

No a jednak.

Od czasu do czasu puka do moich drzwi moje poprzednie, zostawione za morzami, za lasami, zycie; rozmowy z rodzina, stare zdjecia z Polska w tle, kartki swiateczne od znajomych, rzadkie wizyty przyjaciol. Serce najpierw szamocze sie jak zdychajaca ryba, a potem wnetrznosci jego patroszy tepym, zimnym ostrzem tesknota.

A pozniej jest szloszek.

Jakuzzie drogi, dziekuje bardzo za odwiedziny, do nastepnego, bede tesknic.

photo

A teraz sobie poplacze.

Polakow na temat mlekiem i miodem plynacej Nowej Zelandii wyobrazenia a rzeczywistosc – rozprawka

Oj, rozprawie sie ja dzis z ta Nowa Zelandia, az zatrzesie!*

* Zarciki. Z uwagi na czeste ruchy plyt tektonicznych w tym regionie, w zlym uscie. Moze jednak niech nie trzesie i odpukac.  Zauwazmy tez, ze w tytule nie uzylam jakze naturalnie cisnacych sie na usta Polaka-malkontenta przymiotnikow „ponura” lub „szara” w odniesieniu do rzeczywsitosci. To by po prostu nie przeszlo.

Jako polskie dziecie poczatku lat osiemdziesiatych, na wzmianki o Nowej Zelandii po raz pierwszy natknelam sie nie w kolorowej prasie (ktorej wowczas jeszcze niewiele bylo) i nie w inspirujacych programach o tematyce krajobrazowo-geograficznej (bo jakze to tak, za komuny by mieli takie rzeczy w telewizorze pokazywac?), a w jednej z rozmow pomiedzy rodzicami, ktorym mrzonki o zielonej karcie do USA i o zielonych pastwiskach NZ, jak najbardziej, od czasu do czasu rodzily sie w glowach. Przypuszczam, ze nie jestem jedyna, ktora oczami wyobrazni juz widziala swoja familie plawiaca sie w luksusach mitycznego Zachodu, najlepiej  w pocie czola pracujaca na wlasnym ranczo, takim, jakie- w Bravo pokazywali! – mial Kevin Costner, wsrod miliona owieczek puszystych, wesolo hasajacych po bezdroznych lasach i dolinach kolorowej i zasobnej Australii 2.0. Obrazek slodki, idylliczny, latem pachnacy i szczesliwoscia…

I choc do niezadowolonych z zycia i z obecnych warunkow mieszkaniowych nie naleze, to jednak pewne wierzenia ludowe obalac trzeba. Nic bowiem gorszego, niz zawod gnanych nadziejami i barwnymi fotografiami z National Geographic rzesz ludnosci naplywoweej, z konca swiata do Nowej Zelandii sciagajacej w poszukiwaniu Edenu na ziemi.

Zacznijmy od tego, ze Nowa Zelandia to nie Australia, i nie dlatego wcale, ze wiekszosc Kiwi, uslyszawszy to porownanie,  po prostu sie obrazi. Roznice sa zdecydowanie bardziej zlozone, gleboko zakorzenione i zwiazane nie tylko, niestety, z liczba tytulow mistrzow swiata w rugby. Uwaga, uwaga, bo oto rozwiewam pierwszy wielki nowozelandzki mit – a zatem…TU NIE JEST TAK CIEPLO. To nie egzotyczne, tropikalne niemal, choc nieodlegle wyspy Pacyfiku. W Nowej Zelandii prawie nigdy nie chodzi sie z krotkim rekawkiem. Nie ma snu nocy letniej, bo i typowo letnich nocy nie ma. Ba, nie ma tu porzadnego lata, a przynajmniej nie ma go w rozumieniu ogolnym europejskim ( nie liczac obywateli Skandynawii i moze Irlandii Polnocnej). W Oceanie plywaja tylko nieliczni smialkowie (czyli wszyscy na miejscu urodzeni, hardkorowi Kiwi –  na oko jakas 1/3 populacji). Pot z czola nie splywa, bo wszelkie perspiracyjne zapedy sa chlodzone przez wieczne wiatry, wichury, przenikliwie ziebiace zefirki i inne przeciagi, ktore daja sie we znaki przy kazdej mozliwej okazji.

Zamiast tego mamy jedna srednio zroznicowana lub cztery stosunkowo podobne do siebie pory roku wskazujace na klimat mocno umiarkowany. Taka polska wiosna, w marcu, co jak w garncu, tyle ze bez sniegu, a za to z halnymi od morza. O ile jednak w marcu kaloryfery w Polsce jeszcze gorace, tu kaloryferow w ogole nie uswiadczysz. Ani ocieplania. Mamy, dla odmiany, rozpasana wilgoc, wszechobecna plesn i grzybobranie na scianach – po co hardkorom przytulne, suche, cieple domy?

Na obrone tutejszego klimatu musze powiedziec, ze:

a) Nie ma mrozow! Sniegu nie ma! Nie ma potyczek ze sliskimi chodnikami i ciezkimi, zimowymi buciorami, zniszczonymi przez sol i upapranymi pisakiem! Brak roztopow i brudnej, mokrej ciapy!  Zima nie zaskakuje drogowcow! Na bialy puch mozna natknac sie tylko i wylacznie tam, gdzie jego miejsce, czyli na szczytach gor, aby mozna bylo sporty zimowe spokojnie i wygodnie uprawiac.

b) Zima, choc wietrzna, czasem mokra i nie zawsze przyjemna, nie kaze jednak ludzkosci temperturami ponizej zera, calkiem czesto za to rozpieszcza takimi prawdziwymi, skore slodko piesczacymi, promieniami slonca, a nawet calymi wiosennymi w swej nayturze dniami, gdy zrzucamy kurtki i organizujemy pikniki w parkach lub na plazy

c)  Okresy naprawde niesprzyjajacej aury trwaja maksymalnie trzy dni.

d) Liscie nie spadaja z drzew, a trawa bezustannie sie zieleni – chyba ze akurat wyplowieje od slonca.

e) W zeszlym roku przydarzylo sie prawdziwe lato. Najlepsze, jakie pamietaja najstarsi Kiwiludzie. Krotkie rekawki tez byly noszone! Czubli palcow prawej stopy w oceanie zanurzylam!

Ja tu jednak poblazliwe gadu-gadu, a mialo przeciez byc lajanie….Zgodnie wiec z obietnica i ku dalszej przestrodze, przejdzmy do drugiego aspektu niezaprzeczalnie negatywnego – a jest nim ODLEGLOSC OD WSZYSTKIEGO. I to nie tylko odleglosc na skale polska, na skale europejska, amerykanska, azjatycka,  ale odleglosc bezwzgledna, ktora raczej powinno sie nazwac dalekoscia. Na weekend nie skoczy sie do Wiednia, czy tez Barcelony, bo lot do Wiednia lub Barcelony to 35 godzin podrozy, przy dobrych wiatrach, nie z mojego Wellington i kupiwszy bilet na polaczenia sprytnie ze soba skoordynowane. Jesli chce do Polski latac po taniosci (czyli za ponad dwie srednie polskie pensje miesieczne), to dwa razy dluzsza tulaczka nie bedzie niczym niezwyklym. I to, oczywiscie, zaledwie w jedna strone. Nawet  „glupi” wypad do Australii to wydatek nie na kazda kieszen  – za cztery godziny lotu zalaci sie nierzadko wiecej, niz za transport na trasie Polska – USA.

W roli podsumowania, szybkie rownianie: geograficzna izolacja + ceny biletow + ograniczone zdolnosci urlopowe = wiezienie w raju i straszna tesknota zza pretow zlotej klatki. Bo przeciez do Nowej Zelandii nie emigrujemy z cala rodzina i wielkim, wesolym gronem znajomych.

Inna sprawa, ze gdyby nowozelandzkie wyspy nie byly niedostepne, to by i nie byly tak wyjatkowe – w ogole nie bylyby soba te wyspy. Ale o tym kiedy indziej, bo jeszcze przeciez nalezy wspomniec o tym trzecim najwazniejszym, moim zdaniem, zniechecaczu, a jest nim jedynie ZLUDNE POCZUCIE BEZPIECZENSTWA lub wrecz jego brak –  w obliczu trzesien ziemi wszyscy jestesmy malutency i uszkadzalni. W kraju Kiwi mozna z lekkim sercem zostawic otwarty samochod, nawet dom (choc, nie bede klamac, z rzadka zdarzaja sie wlamania i kradzieze!), po zmroku praktycznie wszedzie mozna z podniesionym czolem i otwarta przylbica kroczyc, portfela z pieniedzmi zgubic nie sposob, bo przeciez zaraz jakis uczciwiec, nie tykajac zawartosci, zwroci…Ale nieczesto w rejonach malo- lub nieaktywnych sejsmicznie mozna spotkac sie z tak masowym, niemal namanacalnym strachem, kiedy ziemia budzi sie, drzy i ryczy, jakby milion  wielotonowych ciezarowek wlasnie postnowilo wjechac w sam srodek Twojego domu, szuflady w biurkach, szafach i spizarniach otwieraja sie, a wypadajace z nich naczynia, kosmetyki, pamiatki z trzaskiem rozbija sie o posadzke; szyby pekaja, asfalt peka, pekaja tez rury kanalizacyjne; budynki sie sypia, rozpadaja na kawlki…I nie, nie przesadzam, bylam w Christchurch w 2010 roku. W miescie wielkosci, mniej wiecej, Bydgoszczy zginelo 181 osob, a cale jego centrum bezpowrotnie leglo w gruzach. Nie trzeba jednak az tak wielkiej katastrofy, kazdy wstrzas ziemi bowiem to wstrzas dla psychiki…i prawdziwy strach przed smiercia.

399857_10150537780348737_1226338324_n

Wrodzona rzetelnosc kaze mi jednak przyznac, ze prawdopodobienstwo utraty zycia w trzesieniu ziemi to, w skali swiatowej, 1:100000 i, na przyklad, 1:25000 w Iranie (bo nie mam tutejszych statystyk), ktory, jak przypuszczam, znacznie gorzej jest na trzesienia przygotowany anizeli nowozelandzkie miasta, usiane odpornymi na sejsmiczne anomalie budowlami.  Nawet w Iranie jednak prawdopodobienstwo smierci z powodu trzesienia jest nizsze niz zgon od uderzenia meteorytem. No i umiera sie w koncu wszedzie, ze wszystkich mozliwych przyczyn. W takiej Australii, na przyklad, czyhaja jadowite weze i inne wlochate pajaki,a jesli uda Ci sie przed nimi uciec, to niechybnie czeka Cie smierc w pozarze lub powodzi…NIe ma lekko.

Na koniec nadmienie tylko, ze Nowa Zelandia nie jest Australia, ani zadnym innym krajem na tym ziemskim padole, rowniez ze wzgledu na skale wszystkiego (rozmiar ma znaczenie!), poziom zamoznosci mieszkancow, akcent, mentalnosc, stopien rozwoju cywilizacyjnego, sposob traktowania mniejszosci narodowych i etnicznych, poczucie humoru, estetyke, kulture, kulinaria, zycie polityczne….oraz wiele innych. Dzisiaj chcialam wytluscic tylko te najdotkliwsze potencjalne przyczyny gorzkich zalow, coby zaoszczedzic zachodu tym zuchom, co to w imie nowozelandzkiej rasjkosci od razu pozbywaliby sie calych majatkow i wygodnego zycia w cieplych domkach, na spokojnych, bezpiecznych ziemiach, w samym srodeczku Europy, gdzie blisko wszedzie…Wszelkie podziekowania przyjmuje ponizej.

(O reszcie, szczegolnie tej bardziej napawajacej miloscia do Kiwiwysp,  w nastepnych odcinkach.)

Moje Wellington jesienne

Bez wiekszych wstepow, bez rozwodzenia sie i, co najwazniejsze, z niewielkim tylko udzialem fotoszopa tu i ówdzie, zarzucam galerie. Zlota nowozelandzka jesien stoleczna, czyli Welek w promieniach slonca skapany. I jak tu nie kochac tego miasteczka.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Jestem z Nowej Zelandii

Dokladnie trzy lata temu, 1 maja 2010 roku, po raz pierwszy stanelam na nowozelandzkim ladzie, na tym jednym z dwoch malenkich kawaleczkow ziemi zagubionych gdzies na koncu swiata, z dala od doslownie wszystkiego.

Ale tego jeszcze wtedy nie wiedzialam, a raczej wiedzialam, tyle ze wylacznie teoretycznie. Z podniesiona glowa, dumnie, z wlosem bardziej niz zwykle rozwianym,stanelam na tej wyspie zielonej, niewielkiej, turkusowym oceanem otoczonej, winem i ciderem plynacej, owcami licznymi i czterokrotnie mniej liczna ludnascia upstrzonej. Stanelam, po czym zachwialam sie, zatoczylam i o malo nie upadlam, lecz myli sie ten, kto ow o malo co upadek przypisywalby podawanym na pokladzie napojom wysokoprocentowym, jako ze Air New Zealand, jakoby ulubiona linia lotnicza swiata (?), nie rozpieszcza i na trasie Australia – Nowa Zelandia nic wyglodnialym i spragnionym podroznym nie podaje. Niepoalkoholowe zachwianie nastapilo, gdy zostalam jednym ze slynnych wellingtonskich wiatru podmuchow uderzona; uderzona po raz pierwszy na stojaco, ale nie po raz pierwszy w ogole, bo przeciez przed kilkoma zaledwie chwilami wysiadlam z maszyny, ktora tym wiatrem niemilosiernie sponiewierana i wytrzesiona, wraz ze wszystkimi pasazerami wystrzesionymi, wbrew prawom fizyki, logiki i rachunkowi prawdopodobienstwa wyladowala pewnie, bezpiecznie i bez oklaskow gawiedzi podruzujacej na plycie lotniska w Najfajniejszej Malej Stolicy („Coolest Little Capital”) globu. Warto dodac, ze gawiedz nie klaskala wcale nie tylko ze wzgledu na nieznajomosc dobrego polskiego obyczaju, ale przede wszystkim dlatego, ze najnormalniej nie byla ani w szoku, ani chocby pod wrazeniem, cichcem drwiac sobie z nekanego turbulencjami lotu, z akrobacji pilota, z widma rychlej smierci i z bladozielonej turystki z Centralnej Europy, nieprzywyczajonej widocznie do urokow lokalnej aury. Inna sprawa, ze bladozielona turystka z Centralnej Europy po trzech latach startow i ladowan w Tym samym Wellington tez juz nie jest wcale po wrazeniem, bo przeciez do wszystkiego sie czlowiek przyzwyczaja.

No ale. Minely trzy lata. Nadal jest zielono, nadal upojnie, nadal pizdzi najbardziej na swiecie, a samoloty szaleja, szaleja… Ja NADAL tez jestem tutaj i juz z troche innych powodow niz tylko te, dla ktorych tu zawedrowalam. Jestem, miedzy innymi, bo pokochalam ten kraik.

Ale jak nie kochac?

20130429-230244.jpg